Przeczytaj fragmenty

Siedziałem na sali rozpraw, na twardym, drewnianym, niewygodnym krześle. Po drugiej stronie siedziała moja… Nawet nie wiem, kto, bo przecież nie żona, która kocha, troszczy się o każdy dzień, ani nie ktoś bliski, komu zależy na pomyślności znajomego. W jej oczach dostrzegłem wrogość i zdeterminowanie. Szybko przeniosłem wzrok na okno.
Sędzia rozpoczęła wygłaszanie wstępnej mowy. Potem przesłuchiwano świadków. Czas dłużył mi się niemiłosiernie. Nie byłem w stanie dokładnie przeanalizować słów i zarzutów. Ciągle bezmyślnie patrzyłem w okno. Drzewa lśniły młodą zielenią, która współgrała z głębią błękitnego nieba. Miałem wrażenie, że natura chce dodać mi otuchy, przekonać, że przyszłość będzie lepsza. Pomyślałem o chwilach przeżytych z siedzącą naprzeciw kobietą. Ciągle starałem się odnaleźć choć kilka pozytywnych wspomnień, które usprawiedliwiłyby nasz kilkuletni związek. Spojrzałem na Baśkę próbując ujrzeć kiedyś kochane i pieszczone rysy twarzy, zwiewny uśmiech, falujące na wietrze włosy.
Po przesłuchaniu świadków z obu stron sędzia rozpoczęła wygłaszanie kolejnej mowy.
Było mi gorąco. Nieokiełznane emocje podgrzewały dodatkowo otaczające mnie powietrze. Czułem zbierające się kropelki potu. Wyciągnąłem chusteczkę z kieszeni i otarłem czoło. Musiałem wyglądać nie najlepiej, bo sędzia zapytała mnie, czy się dobrze czuję.
– Tak, dziękuję. Po prostu jest mi gorąco.
Zmierzyła mnie wzrokiem. Po chwili dalej mówiła o ważności rodziny jako podstawowej komórce naszego społeczeństwa.
Ponownie uciekłem w swój wewnętrzny świat. Przemyślenia przerwał stanowczy głos sędzi. Spojrzałem na nią. Ostre rysy twarzy dodawały jej powagi. Podciągnęła zsunięte na czubek nosa okulary. Jasne, krótkie włosy okalały twarz, zakręcając się do góry. Miała może ze czterdzieści lat. Lekkie zmarszczki wokół oczu świadczyły, że mimo codziennego zmagania się z ludzkimi konfliktami jest pogodną kobietą.
– Czy chciałby pan coś powiedzieć? – powtórzyła.
Zastanowiłem się. Co mogę powiedzieć? Że mi smutno, że mój świat przestał istnieć i stanąłem na początku drogi, budowania, wskrzeszania wewnętrznego ja. Że będę musiał od nowa nauczyć się ufać ludziom, i że muszę jak najszybciej uleczyć siebie i przyzwyczaić do życia z bolesnymi wspomnieniami…
Wstałem. Co za bezsensowna sytuacja – pomyślałem. Tkwimy w rozgrzanej od słońca sali, a obca osoba decyduje właśnie o tym, kto zawinił, nie wiedząc nawet, jak wyglądało nasze życie. Tragedia w kolejnej odsłonie, ostatni akt, groteska. Dwoje niewinnych i winnych w jednym wcieleniu. Szukałem w tym wszystkim choć odrobiny logiki, która pozwoliłaby zrozumieć przeżywane chwile, bym mógł kiedyś powrócić do normalnego życia.
Drżącym głosem zacząłem mówić:
– Wysoki sądzie… – zawahałem się. Spojrzałem na kiedyś bliską mi kobietę. Zastanawiało mnie, skąd w człowieku może się wziąć tyle agresji, kłamstwa i nieuzasadnionego usprawiedliwiania. Nagle zwątpiłem w siebie, w sens układanych w głowie słów, bo przecież wypowiedzenie ich i tak niczego nie zmieni.
– Co chciałem powiedzieć, powiedziałem… – na chwilę zawiesiłem głos.
Sędzia wbiła we mnie wzrok. Wydawało się, że chce z mojej twarzy wyczytać jak najwięcej ukrytych uczuć, odszyfrować moje słowa, znaleźć kolejny argument przemawiający za mną lub przeciwko mnie.
Chciałem prosić ją o to, by pomogła mi uwierzyć w świat, w to, że jest jeszcze w nim choć trochę sprawiedliwości. Nie ukoiłoby to moich uczuć, ale może byłoby furtką, przez którą wszedłbym do zaczarowanego ogrodu.
– Proszę o sprawiedliwy wyrok. Nic więcej nie mam do powiedzenia – szybko usiadłem. Na krótko mój wzrok spotkał się ze wzorkiem siedzącej naprzeciw kobiety. Poczułem, jak zimne spojrzenie otacza mnie, próbując odebrać mi resztę pewności siebie. Ponownie spojrzałem w stronę okna. Zbierające się ciągle na czole krople potu zaczęły powoli spływać po skroniach. Jednak tym razem nie sięgnąłem po chusteczkę. Było mi wszystko jedno.

 

Wszystko przemija: ludzkie życie, a nawet miłość, pozostawiając po sobie jedynie tęsknotę i ból. Jakże wielkiej wiary i nadziei potrzeba, by uświadamiając sobie to, nie stanąć na krawędzi życia i nie rzucić się w otchłań – głuchy stuk o bruk uświadomi innym, jak było nam źle. Tylko po co...? Odbierzesz sobie szansę, a inni i tak na drugi dzień nie będą pamiętać o tobie i twoim desperackim geście. Jak co dzień wstaną, umyją zęby, do śniadania włączą gderające radio; później otworzą drzwi mieszkania i pobiegną – nie zauważając wokół siebie żadnej zmiany – w zwariowany świat ograniczony wielopiętrowymi murami biurowców.


książka z autografem | księgarnie | opinie czytelników | przeczytaj fragment | księgarnie zamówienia | spotkania autorskie | napisz do autora
Artneo